O tym, czy piłka nożna nas jednoczy, czy chętnie pomagamy innym i czy Wrocław kształtuje ludzi, opowie Michał Mączka, znany w social mediach jako Futboholik.

Alicja Janik: Kim jest Futboholik?

Michał Mączka: To ciężkie pytanie. Jest trochę mną – Michałem Mączką, czyli osobą odpowiedzialną za ten profil w social mediach, która przekazuje tam również swoje wartości i poglądy, a z drugiej strony jest to ktoś, kto pozwala sobie w życiu na nieco więcej niż mógłbym ja, reprezentując siebie imieniem i nazwiskiem, choć przecież nie staram się wcale być anonimowy. Futoboholik działa na Facebooku i w łagodniejszej formie na Twitterze. To moje swobodne przemyślenia i zaplanowana satyra na temat piłki nożnej. Futboholik to mix futbolu i wolności słowa. Tu wszystkie chwyty są dozwolone i nie mam zamiaru tego zmieniać.

Na Facebooku Futboholika napisałeś, że zajmujesz się groundhoppingiem. Co to jest?

MM: Mówiąc ogólnie jest to turystyka stadionowa, czyli wyjazdy na mecze. Oglądam ligi od najbardziej amatorskich, po światowy top. W każdej z nich odnajduję coś innego, bo niestety nie ma jednej, która miałaby wszystko. Niektórzy groundhopperzy dorzucają do tego różne dyscypliny sportu. Koszykówkę czy inne nietypowe, jak lacrosse i baseball. Ja skupiam się tylko i wyłącznie na piłce nożnej. Jeśli świadomie miałbym wybierać, mimo wszystko wolałbym zobaczyć sobie mecz ligi cypryjskiej niż finał mistrzostwa świata w koszykówce. 

Wobec tego co daje ci piłka nożna?

MM: W zasadzie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo formalnie czy fizycznie nic, ale przecież wypełnia mój cały wolny czas. Chodzę do normalnej pracy, nie dostaje pieniędzy z działalności piłkarskiej, nie jestem osobą publiczną, ale wydaje mi się, że to jest już jak zakładanie butów. Mam 32 lata, oglądam piłkę nożną od 1994 roku, czyli 25 lat. Jest już dla mnie coś naturalnego. Wszystko, co dzięki niej „zyskuję” odnosi się do sfery emocji, zaspokojenia potrzeby adrenaliny czy chociażby, jak w przypadku Śląska Wrocław, emocjonalnego przywiązania. Zawsze byłem zdania, że gra w piłkę ukształtowała mój charakter w kontekście relacji międzyludzkich czy rozumienia funkcjonowania grupy.

Trochę jak nawyk?

MM: Chyba nawet coś więcej. Jak otwieranie lodówki, bo czuję, że jeżeli nie robię tego codziennie to jest źle. Nie sądzę, żeby zdarzył mi się dzień, w którym nie miałem styczności z piłką nożną. Nie zdarza mi się nie zajrzeć do telefonu, nie poczytać artykułu, wywiadu, sprawozdania, zweryfikować tabeli jakiejś ligi czy sylwetki konkretnego zawodnika, albo też samemu nad czymś się nie zastanowić, bo staram się na Futboholiku formułować własne myśli na temat piłki. Nie chcę powielać setek tekstów z innych stron. Szukam własnego stylu, wolę się intelektualnie przemęczyć i pogimnastykować niż rzucać wyświechtanymi frazesami.

Organizujesz charytatywny turniej piłki halowej „Futboholik cup”. Czy ktoś do ciebie przyszedł z tą propozycją czy jest to wyłącznie twój pomysł?

MM: Nie jestem jedynym organizatorem. Tworzymy turniej w czwórkę, chociaż cała idea wyszła ode mnie. Jeżeli chłopaki nie zdecydowaliby się poprzeć mnie w tym działaniu, nie udałoby mi się tego zorganizować. Na pewno zabrakłoby mi wsparcia, czasu i zaplecza technicznego. Poza tym dobrze się uzupełniamy. Jesteśmy różnymi ludźmi. Gdybyśmy wszyscy myśleli w ten sam sposób, pewnie miałoby to gorszą formę, a jako że mój charakter nie należy raczej do najprostszych – dzięki Mateuszowi, Tomkowi i Maćkowi łatwiej jest mi przekonać się do niekonwencjonalnych pomysłów, które windują w górę prestiż turnieju. Pozwala mi to czasem zwolnić z gorącą głową czy odpuścić, gdy staram się uparcie postawić na swoim. Tu rządzi demokracja. Bez tych gości nie byłoby niczego. Niektórych ten typowy klimat niższych lig (szerzenie kultury piłkarstwa A i B klasowego) czyli coś, co nie jest w pełni profesjonalne, może odrzucać. Nam się to podoba i świetnie się przy tym bawimy.

Cały dochód z pierwszej edycji Futboholik Cup przekazaliście Fundacji Carita wspierającej osoby chore na szpiczaka. Podczas następnej edycji będziecie wspierać osobę prywatną. W jaki sposób podejmujecie decyzję komu pomóc?

MM: Nie mamy maszyny losującej, chociaż czasami chcielibyśmy mieć. Widzimy osobę potrzebującą i nie zastanawiamy się zbyt długo, by nie wprowadzać niepotrzebnego chaosu. Dla mnie to jest ok. Szybka decyzja, dzięki czemu nie rozmyślamy później czy zrobiliśmy dobrze, czy mogliśmy wybrać kogoś innego, czy ktoś inny jest bardziej potrzebujący.
Podjęliśmy decyzję, że zbieramy pieniądze dla Wiktorii, która ma wiele schorzeń, jest przykuta do łóżka, podłączona stale pod aparaturę. Jestem zadowolony z tego wyboru. Takie działanie jest sporym ułatwieniem, bo wszystkie osoby potrzebujące są osobami ciężko poszkodowanymi przez los i poprzez takie długie rozmyślanie oprócz wyrzutów sumienia mielibyśmy dużo mniej czasu na działanie. 

A zgłaszają się do was osoby potrzebujące?

MM: Nie. Zazwyczaj na tyle szybko podejmujemy decyzję, że nie bierzemy pod uwagę już później nic innego. Nie przetrzymujemy pieniędzy, które uzyskamy. Przeznaczamy je od razu na wydatki i przekazujemy fundacji, którą aktualnie wspieramy. Chociaż zdarza się, że ktoś do mnie napisze. Nie mam dobrych wspomnień z tym związanych, bo w przypadku odmowy spotykam się z niezrozumieniem. A ja jestem zwykłą osobą, jak każdy inny. Nie da się pomóc wszystkim. 

Na jakie przeszkody natrafiliście podczas organizacji poprzedniej edycji Futboholik Cup?

MM: Według mnie największą przeszkodą są nasze bariery, ponieważ chcemy osiągać wyniki w postaci widowni czy finansów. Rozwijać nasze projekty, by stać się wiarygodnym partnerem dla sponsorów w kolejnych przedsięwzięciach. Główną przeszkodą było to, że na coś nie starczyło nam pieniędzy. Moglibyśmy też mieć lepsze materiały graficzne, zaprosić wielu znanych ludzi, grać w lepszych koszulkach, ale tak naprawdę sami narzucilibyśmy sobie taki niepotrzebny balast. To jest sztuczne zawieszanie poprzeczki. Jeśli mowa o przeszkodach, są to głównie te standardowe, takie jak czyjeś niedotrzymane obietnice czy goniące terminy. My chodzimy normalnie do pracy i mamy swoje inne obowiązki, ale na szczęście udaje się wszystko jakoś pogodzić. 

A co cię zaskoczyło?

MM: Ilość zebranych pieniędzy i odzew. Powiedzenia, że „bez Was by tego nie było” i „to wszystko dzięki Wam” są dość utarte, ale odkąd zacząłem się angażować w charytatywne przedsięwzięcia, zauważyłem, że faktycznie tak jest. Bo gdyby ludzie nam nie pomogli, nie przekazywaliby rzeczy na aukcję, nie chcieli rezygnować z własnych zarobków i nie chcieli przyjechać z innych zakątków Polski to nic z tego by nie wyszło. I tym faktycznie jestem zaskoczony, że zwykli ludzie, tacy jak ja i moi koledzy, są w stanie wzbudzić tak duże zainteresowanie. Jest to też dowód na to, jaką popularność zyskuje amatorska piłka nożna. 

Uważasz, że w tym wypadku piłka nożna pomaga? Przy innej dyscyplinie sportowej to mogłoby się nie udać?

MM: Piłka nożna jest najpopularniejszą dyscypliną. Żeby w nią zagrać, wystarczy mieć tylko piłkę. W Polsce wszyscy się w niej zakochują. Jesteśmy świetni w siatkówkę, mamy dobrych skoczków, ale to właśnie świadczy o sile futbolu – nawet słaba gra przyciąga więcej ludzi niż najlepsze rozgrywki w innych dyscyplinach. Więc tak, to głównie popularność tego sportu powoduje, że tak wielu ludzi zechciało pomóc.

Czego mogą się spodziewać osoby przychodzące na drugą edycję Futboholik Cup?

MM: Zamiast skupiać się na tym czego mogą się spodziewać, powinny wyjść z założenia, że przychodząc, po prostu pomagają chorej osobie. Mogę obiecać, że każdy, kto przyjdzie, poczuję się jakby właśnie uratował komuś życie. Co do samego turnieju, wybraliśmy większą halę, żeby mogła pomieścić więcej ludzi, a żeby było bardziej widowiskowo skupiliśmy się na muzyce i gościach specjalnych takich jak dziennikarze, znane osoby ze środowiska amatorskiego futbolu, czyli na przykład Radek z Kartoflisk, osoby z Polskiego Związku Piłki Nożnej i wszyscy ci, którzy czerpią radość z tej pasji. Będzie też więcej drużyn, więcej emocji, i mam nadzieję, więcej pieniędzy. Przyjdź i sprawdź, jak wygląda klimat niższych lig, bo ta z pozoru przaśna forma piłki, to prawdziwa magia zdobywająca coraz większe grono wielbicieli.

Ciężko jest wam nakłonić te drużyny do wzięcia udziału w turnieju?

MM: Nie, bo groundhopperzy i zawodnicy z niższych lig stworzyli taką przyjazną grupę. Dzięki czemu możemy się odwiedzać, oglądać mecze. Te drużyny też chcą pomagać. Oprócz tego, że chcemy zebrać pieniądze dla Wiktorii czujemy potrzebę popularyzacji amatorskiej piłki, głównie wśród młodych ludzi. Niższe ligi nie różnią się mentalnie niczym od tych wyższych. Jedynie tym, że mniej osób ogląda ich mecze. Ci zawodnicy na boisku też dają z siebie wszystko. Wierzę, że to już jest coś więcej niż tylko kopanie piłki. 

A czy Futboholik Cup udałby się, gdyby nie twoje zaplecze w postaci sporego grona obserwatorów na kanałach social mediowych?

MM: Nie uważam by było spore, ale jest wystarczające. O tym, że chciałbym zorganizować turniej charytatywny myślałem od dawna. Kiedy byłem młody, zawsze powtarzałem, że gdy dorosnę i będę bogaty, to będę rozdawał pieniądze. Dorosłem, nie jestem bogaty, ale uzmysłowiłem sobie, że i tak mogę pomagać. Do tej pory wystarczało mi wysyłanie smsów czy wpłacanie jakichś drobnych kwot na konta fundacji.  Dzięki temu, że Futboholik zaczął w social mediach rosnąć, otworzyły mi się drzwi i pojawiły się większe możliwości, aby pomóc innym. Poczułem, że mogę to rozpropagować. I te drzwi wciąż się otwierają, bo dzięki pierwszej edycji dostaliśmy zaproszenia do radia czy innych mediów. Ciągle mam nadzieję, że uda nam się to jeszcze bardziej promować, bo im więcej ludzi, tym więcej pieniędzy dla Wiktorii i kolejnych potrzebujących. W przyszłości chciałbym przenieść tematy organizacyjne z fanpejdża na dedykowane temu profile. 

Podczas poprzedniej edycji wspierał was legendarny koszykarz Maciej Zieliński. Kogo zaprosiliście na kolejną?

MM: Na pewno będą gwiazdy środowiska groundhopperskiego. Będzie też wielu dziennikarzy i mam nadzieję, że Maciej ponownie uraczy nas swoją obecnością. Podczas pierwszej edycji nie mówiliśmy nikomu, że on przyjdzie. Przekazał na licytację swój medal – ostatni złoty medal Śląska Wrocław Mistrzów Polski w koszykówce. Widziałem w jego oczach sentyment do tego trofeum, ale pomoc była dla niego ważniejsza. To tylko pokazuje jak wiele można zrobić i poświęcić, by pomóc innym.

Czy dzięki Futboholik Cup oprócz pomocy potrzebującym i zintegrowaniu środowiska chcesz osiągnąć coś jeszcze?

MM: Nie sądzę, bym był w stanie coś jeszcze osiągnąć. Otrzymuję propozycje pisania dla różnych portali. Zastanawiałem się nad działalnością dziennikarską, ale mogłoby się to kłócić trochę z tym jaki jest Futboholik – czyli cięte opinie i wulgarny język. Jest to właśnie takie miejsce dla piłki, jakiego nie znajdziesz w gazecie czy radiu i ja to oczywiście rozumiem, bo nie każdemu taka forma odpowiada. Lubię swoich czytelników, z którymi złapałem więź i którzy ten profil w obecnej formie zaakceptowali. Swoimi interakcjami pomogli go wypromować. Po co to zmieniać? Nie mam na szczęście lub nieszczęście dylematu zarobkowego, więc nie kusi mnie żadna siła wyższa, bo nie będę ściemniał – przemyślałbym każdą propozycję . Jeżeli pytasz o sferę rozwoju, to sangwinicy zawsze mają mnóstwo marzeń, ale gdybym miał wskazać jedno związane z tym profilem – byłoby to stworzenie czegoś na wzór Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w klimacie piłkarskim, tak by ten jeden dzień w roku cała Polska grała w futbol i zbierała kasę. Dzieli nas od tego hektar, ale z tymi ludźmi realnie wierzę w sukces. 

Jakie możliwości według ciebie daje Wrocław?

MM: Wielkie. Ja jestem wrocławianinem, więc z tym miastem rosłem, czułem jego problemy, tragedie – jak powódź i triumfy, takie jak Euro. To miasto dało mi poczucie dumy, pewność siebie, a napływający tu nowi obywatele i turyści utwierdzają mnie w wyjątkowości tego miejsca. Jest to bez wątpienia najładniejsze miasto w Polsce z różnorodną architekturą i masą inspirujących miejsc. Reprezentatywne z dużym poziomem bezpieczeństwa. Nasze społeczeństwo to mała cywilizacja o szerokich horyzontach. Wrocław i Ołbin udowadniały mi, że to miasto pędzi przed siebie i od zawsze było inspiracją do tego, by samemu nie stać w miejscu. Wrocław pokazał mi, by wierzyć we własne wartości, nawet gdy wszyscy wokół mają na ten temat inne zdanie. Jeżeli chcesz zrobić krok do przodu, myślę, że Wrocław to dobry wybór. Na pewno zapewnia spokój i daje możliwości. Czy pomaga spełniać marzenia? Odpowiem za kilka lat.

Zdjęcia do artykułu wykonał Mateusz Chrąchol.

Chcesz poznać więcej ciekawych osób z Wrocławia? Bądź na bieżąco!

 

 

 

 

Categories: Ludzie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *