Przechodząc ulicą św. Wincentego na wrocławskim Nadodrzu, mijamy z pozoru zwykłe miejsce – gabinet weterynaryjny “Vitek” prowadzony przez Witolda Terendę. Wewnątrz, na ścianach poczekalni, zawieszone są podziękowania, kartki, rysunki ze zwierzętami, podpisane “dziękujemy za pomoc”. Pan Witold swój gabinet otwiera o dziesiątej, a zamyka często w późnych godzinach wieczornych, kiedy już przyjmie ostatniego pacjenta. Pomaga każdemu zwierzęciu, nawet jeśli właściciela nie zawsze stać na leczenie. Wśród wystawionych opinii na jego temat trudno znaleźć choćby jedną negatywną – “To weterynarz z sercem i z powołania. Profesjonalista z podejściem do zwierząt – prawdziwy Doktor Dolittle” – czytamy.

Mateusz Gargula: Zawód weterynarza to niełatwa, długa droga: ciężkie studia, odpowiedzialna praca i brak gwarancji na wysokie zarobki. Dlaczego akurat weterynaria?

Witold Terenda: Ze względów rodzinnych – mój tato jest weterynarzem. Mieszkaliśmy w małym miasteczku, ale to były jeszcze czasy PRL-owskie. Jeździło się do wiosek, leczyło się duże zwierzęta – towarzyszyłem ojcu przy takich wizytach. Powoli, powoli się w to wdrażałem, chociaż z początku nie chciałem – bardziej interesowała mnie historia, filozofia. Chciałem nawet obrać kierunki uniwersyteckie z tym związane, ale poszedłem na weterynarię. Tutaj, do Wrocławia – tak wybrałem. Z jednej strony byłem przekonany, a z drugiej nie, ale jednak coś mnie w tym pociągało.

Leczenie zwierząt to praca, która zmieniła się w pasję czy raczej pasja, która stała się pracą? Jak to jest w pana przypadku?

W: Zaczęło się od zainteresowania, zwykłej fascynacji. Później pojawiły się ciekawe książki – pogłębiałem zainteresowanie, a przy tym wiedzę. Kiedy już zaczyna się tę pracę, jest po prostu ciężko. Na początku nie zdawałem sobie z tego sprawy. Pasja jest cały czas, gdy leczy się zwierzęta, a szczególnie w momentach gdy pojawia się coś nowego – muszę wciąż być na bieżąco, pogłębiać wiedzę. Jak w każdej dziedzinie – wszystko idzie do przodu. Kiedy jest jakiś ciężki przypadek, trzeba go rozwikłać, rozpoznać, zoperować. Najgorsza jest rutyna – w momencie, gdy się w nią wpada, trzeba sobie przypominać, że tutaj ma się kontakt z życiem. To ważne, żeby uważać i nigdy nie działać mechanicznie – nie można się pomylić!

Witold Terenda Vitek

Co jest istotne w pracy weterynarza?

W: Przede wszystkim wiedza, duże doświadczenie i grupa dobrych przyjaciół, których można poprosić o pomoc czy skonsultować sprawę. Należy zawsze traktować zwierzęta jako coś żywego, odczuwającego – nigdy przedmiotowo.

Tak, jak powiedziała filozof Simone Weil – Przyroda jest piękna, ale to jest rodzaj straszliwego piękna. Zgadza się – jest piękna, gdy patrzymy na te wszystkie kwiaty, ale kiedy wniknie się w głąb, widzi się tylko straszliwą walkę o przeżycie – musimy widzieć te dobre strony – wtedy jest łatwiej. Widzieć, kiedy pies się lęka. Jak szczeka. Wiadomo, że nie robi tego złośliwie, albo że nie chce po prostu ugryźć. On jest tak przerażony, że nie wie jak reagować – jako weterynarze musimy to zrozumieć.

Praca weterynarza to nie tylko „głaskanie kotków i piesków”. Pomaganie zwierzętom wiąże się z niebezpieczeństwem i dużą odpowiedzialnością, niekiedy obciążeniem emocjonalnym. Jakie momenty w zawodzie weterynarza są najtrudniejsze?

W: Ze zwierzętami przychodzą właściciele. A właściciele – tak samo jak zwierzęta – są bardzo różni. Nieraz kontakt z nimi jest trudny, a czasem trzeba coś powiedzieć, przetłumaczyć albo przekazać złą wiadomość. To jest obciążające psychicznie, ale ważne, by umieć nawiązać ten kontakt – wtedy lepiej się leczy.

Trzeba być poniekąd psychologiem, umieć zachować zimną krew.
Niektóre sytuacje rozumieją tylko te osoby, które mają zwierzaki. Na przykład, kiedy ktoś ma zwierzę przez 18 lat, które nagle zachoruje – jak to bywa w tym wieku. Ta osoba zrobi wszystko, zapłaci ostatnie pieniądze, żeby tylko uratować i uniknąć straty kogoś najbliższego. Niestety często jest tak, że to ratowanie polega na przedłużaniu życia – leczeniu paliatywnym, kiedy wiadomo, że zwierzę już nie wyzdrowieje. To jest bardzo trudne. Zarówno dla właściciela, jak i weterynarza.

Witold Terenda Vitek

Kilka lat temu otworzył pan własny gabinet weterynaryjny – na Nadodrzu. Z jakimi trudnościami się to wiązało, a co wspomina pan jako najprzyjemniejsze?

W: Wtedy było to dość specyficzne miejsce. Kiedy otworzyłem gabinet, rozniosła się plotka, że zrobił to jakiś Syryjczyk, więc często pytano mnie o narodowość i wiązało się to z nieprzyjemnymi sytuacjami. Jestem Polakiem, tylko fizjonomię mam, jaką mam. Później pojawili się skini. Przychodzili do środka i wyzywali przy ludziach. Teraz się trochę uspokoiło, ale były tutaj napady, kradzieże, a nawet historia z psychopatą, który tydzień po wizycie u mnie został zatrzymany za morderstwo.

Oczywiście były też przyjemne sytuacje. Przede wszystkim wdzięczność ludzka – zbiórka funduszy na rolety antywłamaniowe, podziękowania, rysunki, kartki przysyłane z całego świata. To w sumie jest najważniejsze. Albo kiedy wyleczy się zwierzaka i widzę, jak właściciele są wdzięczni, szczęśliwi.

Ma pan niemałe doświadczenie w zawodzie. Jakich rad udzieliłby pan przyszłym, młodym weterynarzom? Miał pan chwile zwątpienia? Jak pan sobie z nimi poradził?

W: Studiując medycynę weterynaryjną trzeba być cierpliwym i liczyć się z tym, że łatwo nie będzie. Pierwsze dwa, trzy lata były ciężkie. Trochę koszmar, gdy to się przypomni! (śmiech) Na trzecim roku był taki moment, chwila zwątpienia, w której chciałem już zrezygnować i pójść na tę filozofię, ale porozmawiał ze mną kolega. Przekonał mnie, żebym jednak skończył weterynarię. I się udało. Ważne, żeby mieć obok siebie takie osoby, wsparcie.
Kiedy pracuje się już w zawodzie, trzeba podchodzić do tego poważnie. Oprócz motywu finansowego, żeby szło za tym zaangażowanie, zadowolenie z tej pracy. Ciągłe dokształcanie i doskonalenie.

Witold Terenda Vitek

Spędza pan dużo czasu zarówno z ludźmi jak i zwierzętami. Co nas tak naprawdę odróżnia, a w czym jesteśmy podobni?

W: Wydaje mi się, że podobnie jak my odczuwają radość, odczuwają smutek, cierpienie. Potrafią stanąć w obronie swojego pana, niekiedy nawet oddać za niego życie. Przede wszystkim są wierne, czego nie można powiedzieć o wszystkich ludziach. Tak naprawdę nie robią krzywdy – są przypadki agresji, czy zaburzeń psychicznych, ale to odstępstwa od normy.

Pamięta pan jakąś wyjątkowa sytuację, zwierzaka?

W: Kiedyś przyszedł pan z wiekową, otyłą amstaffką. Ona ledwo się tu wtoczyła. Miałem wtedy zrobić jakąś prostą, rutynową rzecz – obciąć pazurki czy zajrzeć do oka. Podchodzę do badania, a właściciel mówi: “Może kaganiec?”. Patrzę na zwierzę i odpowiadam, że nie trzeba – wydawało mi się, że nie jest w stanie zrobić nic zaskakującego z powodu swojego ciężaru, wieku i senności. Podchodzę drugi raz i słyszę: “A może jednak kaganiec?”. Pomyślałem, że skoro tak nalega, założę. Za trzecim razem w ułamku sekundy ten kaganiec znalazł się na mojej szyi, przy samej tętnicy. W milisekundę suczka obróciła się jak wąż. Ten pan uratował mi życie. Nigdy nie wiadomo na co stać zwierzę i zawsze trzeba zachowywać czujność i środki ostrożności, chociaż nawet mimo tego, zdarzają się zadrapania czy ugryzienia.

Jest też wiele wesołych sytuacji. Gdy przychodzi rozweselający pies, na przykład taki Shih-tzu. W niektórych krajach obok leków antydepresyjnych na recepcie zapisuje się “Shih-tzu” – pieski tego typu rozweselają swoim wyglądem i zachowaniem. Są zajmujące, kochające i bardzo pomagają ludziom z depresją, podobnie buldożki francuskie.

Witold Terenda Vitek

Co w prowadzeniu własnej działalności podoba się panu najbardziej?

W: Myślę, że poczucie wolności, niezależności, ale też obowiązku – to w końcu duża odpowiedzialność. Wszystko zależy od tego co wiem, jak pracuję, jak działam. Tutaj ciągle się coś dzieje – nieustanny ruch, zmiany. Każdy dzień wygląda inaczej, nie ma monotonii. Trzeba powracać, wyszukiwać, szperać – taka życiowa aktywność, ciągły rozwój. Coraz to inne przypadki i nieprzewidywalność. Trochę jak na SOR-ze w szpitalu. Kolejka – nagle z ulicy jakieś powypadkowe zwierzę. Coś się dzieje, to jest intrygujące. Może to specyfika osób. Niektórzy preferują pracę spokojną, w określonych godzinach, ale są tacy – między innymi weterynarze, których znam – nie usiedzą na miejscu, nie gustują w ciepłych kanapach, fotelach, cały czas coś robią. Chociaż tak może być też w innych zawodach, tylko trzeba to dostrzec, np. informatyk siedzi przy komputerze, ale wchodzi wtedy w inny świat, który akurat dla niego jest intrygujący.

Witold Terenda Vitek

Jaki jest według pana wizerunek Wrocławia?

W: Oj, mi się podoba Wrocław. Zawsze mi się podobał. Dla mnie to jest jedno z takich magicznych miast. Ma swoje miejsca, zaułki. Teraz co prawda nie mam czasu chodzić, bo praktycznie od rana do wieczora jestem tutaj w gabinecie. Chciałbym mieć parę dni wolnych i któregoś razu wybrać się i pospacerować piechotą tak, jak kiedyś chodziłem jeszcze na studiach po Wrocławiu. Jest tu dużo zakamarków – lubię takie miejsca, tajemnicze, gdzie można przejść z bramy do bramy. Przechodzi się przez Most Uniwersytecki albo Most Pomorski i wchodzi się do innego świata. Albo ktoś to poczuje albo nie, ale według mnie większość ludzi, jeśli już tutaj jest, chce tu pozostać.

Jakie jest pana ulubione miejsce w tym mieście?

W: Wiele miejsc we Wrocławiu mnie zachwyca, ale jeśli musiałbym wybrać – jednak Plac Katedralny. Szczególnie przed Bożym Narodzeniem, kiedy pada śnieg i tworzy się taka bajkowa atmosfera! Wiele miejsc kojarzę z ludźmi, którzy tu mieszkają – miłymi, przyjacielskimi albo ze wspomnieniami.

Witold Terenda Vitek

Zdjęcia do artykułu wykonała Marta Olejnik.

Chcesz poznać inne insprujące osoby z Wrocławia? Bądź na bieżąco!

 

 

Categories: Ludzie

One comment

Vitek - Witold Terenda