Magdalena Kumorek – aktorka filmowa i teatralna, a także wokalistka. Od lat zaangażowana w życie kulturalne Wrocławia, gdzie aktualnie mieszka i pracuje m.in. w Teatrze Capitol. We Wrocławiu zobaczyć ją możemy nie tylko na deskach teatru, ale także podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej oraz w wielu innych ogólnopolskich produkcjach.

Aleksandra Pająk: Po studiach i pracy w Warszawie, zdecydowała się Pani na przeprowadzkę do Wrocławia, skąd ta zmiana? Jak wyglądała przeprowadzka?

Magdalena Kumorek: Zaczęłam bardzo intensywnie pracować właściwie już od trzeciego roku studiów. Na czwartym roku pracowałam w pierwszym swoim serialu, który był, o ile dobrze pamiętam, emitowany codziennie. Z racji tego, że grałam główną rolę, musiałam być na planie od poniedziałku do soboty włącznie, od godziny 6 rano do późnych godzin nocnych. Po półtora roku takiej pracy, przestałam wiedzieć jak się nazywam i kim jestem. W dodatku nie pracowaliśmy na zewnątrz, tylko w hali. Doszłam do takiego momentu w swoim życiu, że stwierdziłam, że chyba nic nie umiem. Tyle oddałam tej pracy, że zwyczajnie przestało dawać mi to radochę. Obserwowałam jak moi koledzy z roku łapią etaty, wchodzą w miejsca, gdzie mają szansę rozwoju. Moja praca też była wspaniała, bo nauczyłam się pracy z kamerą, która do teraz procentuje, ale potrzebowałam ewidentnie oddechu. Przestrzeni na odpowiedzenie sobie czego ja chcę, jak chcę pracować, w czym się rozwijać i co jest dla mnie ważne. Te myśli zaczęły mi w głowie kiełkować, ale przez to, że grałam główną rolę w tym serialu, trudno było mi z niego zrezygnować. Później poznałam mojego męża, który od zawsze mieszkał we Wrocławiu. Przyjechałam tutaj na koncert i przy współpracy przy nim zobaczyłam, że są ludzie, którzy przy pracy się śmieją, cieszą się z tego co robią, że to wszystko można zupełnie inaczej ugryźć. Naładowana tą energią Wrocławia właśnie, przyjechałam do Warszawy i oznajmiłam mojej agentce, że chciałabym zakończyć tę współpracę, bo potrzebuję wyjechać i zastanowić się gdzie chcę żyć i jak. W rzeczywistości to wyciąganie z tego serialu trwało pół roku, ale w końcu się udało – w międzyczasie zaszłam w ciążę i przyjechałam do Wrocławia, nie mając pracy, domu, będąc w siódmym miesiącu ciąży.

Jak wspomina Pani te pierwsze dni we Wrocławiu?

Magdalena: Ja nie jestem typem domatora, ja potrzebuje chodzić, oglądać, zwiedzać. Brałam ten swój brzuch na spacery <śmiech> wychodziłam i zwiedzałam Wrocław. Zastanawiałam się, gdzie ja tutaj mogę się odnaleźć i jak mogę tu żyć. Właśnie dzięki temu odnajdywałam swoje pierwsze miejsca. Po urodzeniu Franka, bardzo szybko zaczęłam intensywną pracę, między innymi w Teatrze Capitol, robiliśmy wtedy “Skat” – to był pierwszy polski musical w całości śpiewany z kaprem. Muzykę napisał Leszek Możdżer, więc było to dla nas wyzwanie, naprawdę. I później już weszłam w ten tryb “pracowo- znajomościowo-wrocławski”.

Wrocław przyjął Panią przyjaźnie?

M: Wiadomo, że nie jest łatwo jak człowiek znajduję się w nowym, obcym miejscu, Byłam kilka razy wcześniej we Wrocławiu, właśnie w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej, więc znałam głównie rejony teatru. Oprócz tego trochę okolic Rynku – od zawsze byłam zachwycona Placem Solnym i kwiatami, więc nie czułam się tak całkiem obco. To nie jest łatwe, kiedy nie zna się ludzi i nie ma z kim się umówić na kawę, ale ja byłam zachwycona tym, że siadałam sobie na rynku i przez jakiś czas obserwowałam ludzi, zobaczyłam, że przede wszystkim oni się mniej śpieszą niż w Warszawie. Patrzą sobie w oczy – oczywiście, nie wszyscy, nie generalizuję. Natomiast to była duża różnica pomiędzy Warszawą, gdzie wszyscy biegają z komórką, każdy jest skupiony i po prostu gna. A tu nagle okazuje się, że jest taka przestrzeń, gdzie można się zatrzymać. We Wrocławiu zaskoczyła mnie też ilość obcokrajowców i to, że ja właściwie na tym rynku nie byłam sama – non stop ktoś mnie o coś pytał, zaczepiał, ktoś się dosiadał, to wszystko płynnie się toczyło. Jak parę lat później Wrocław przyjął sobie hasło “Miasto spotkań” – był to strzał w dziesiątkę.

Znalazła Pani tutaj swoje ulubione miejsca? Gdzie we Wrocławiu można Panią spotkać?

M: Oczywiście okolice Rynku, Ostrów Tumski, Teatr Muzyczny Capitol – miejsca, gdzie pracuję. Od jakiegoś czasu też Park Grabiszyński – ta przestrzeń, która jest trochę zagospodarowana, ale dużo jest tam też takiej wolności.

Co szczególnie zachwyca/urzeka we Wrocławiu?

M: Poza tymi miejscami, zachwyca mnie też życie kulturalne, które tutaj jest. Wydawać by się mogło, że jesteśmy z daleka od Warszawy, natomiast jak się popatrzy na ilość festiwali, które się odbywają w Polsce to wiele z nich odbywa się właśnie we Wrocławiu. Na przykład filmy, które widzimy na Nowych Horyzontach – wiem, ile osób z Warszawy przyjeżdża, żeby też mieć szansę je zobaczyć.

Czy trudno jest pogodzić życie we Wrocławiu z tym, że branża filmowa głównie rozwija się w Warszawie?

M: We Wrocławiu można wiele światowych i polskich oczywiście również filmów zobaczyć. Czasem na Dolnym Śląsku kręcone są różne filmy fabularne, ale główna baza produkcji serialowo-filmowych to faktycznie Warszawa. Chcąc pracować w tym zawodzie trzeba lubić ciągłe podróże. Ja na szczęście nie mam z tym problemu.

Poza Przeglądem Piosenki Aktorskiej i warsztatami wokalnymi w jakie inicjatywy/projekty we Wrocławiu jest Pani jeszcze zaangażowana?

M: Pracuje z młodzieżą, pomagając przygotować się do egzaminów do szkół teatralnych. W kwietniu będę zasiadała w jury w fantastycznym konkursie muzycznym “Karolek”, organizowanym przez OSM we Wrocławiu. Biorą w nim udział uzdolnieni wokaliści oraz zespoły muzyczne. Biorę udział w różnych festiwalach, prowadzę warsztaty, przygotowuję koncerty – dużo pracuję we Wrocławiu, ale też nie ukrywam, że sporo tego czasu spędzam w samochodzie przemieszczając się między Warszawą a Wrocławiem.

Czy może Pani zdradzić, co aktualnie dzieje się w Pani życiu zawodowym? Jakie są Pani najbliższe plany?

M: W Teatrze Muzycznym Capitol obecnie w repertuarze są dwie sztuki w których gram – “Ja, Piotr Rivière…”, i “Makbet”, który będzie przedstawiany w kwietniu, gorąco zapraszam. Gram Lady Makbet, Uwielbiam te postać. Obie sztuki wyreżyserowała wybitna polska reżyserka Agata Duda-Gracz. Niedługo będę też w Gdyni, gdzie współpracuje z Gdyńską Szkołą Filmową i tam w Teatrze Muzycznym gram przedstawienie “Kumernis”. Spotkać można mnie też w Warszawie, bo tam działam, jeśli chodzi o serialowo-filmowe sprawy.

Jak wyglądała Pani droga?

M: Pierwszy swój film zrobiłam po drugim roku studiów. To była komedia, z której wiem, że wiele osób pamięta postać Dominiki, bo do tej pory mam feedback właśnie na temat mojej roli w “Poranku Kojota”. To był pierwszy profesjonalny kontakt z filmem, chociaż jeszcze przed studiami pracowałam ze studentami katowickiej filmówki, trochę się z nimi uczyłam. Oczywiście, robiłam to kompletnie charytatywnie, ale dzięki temu nauczyłam się trochę o pracy z kamerą. Po trzecim roku zagrałam w kolejnym filmie, na czwartym roku, tak jak mówiłam, zaczęłam grać w serialu. Późnij dzieliłam pracę między teatr i produkcje filmowe. Dużo również śpiewałam i śpiewam nadal.

Jak jest różnica pomiędzy staniem na deskach teatru i przed kamerami?

M: Diametralna. To jest zupełnie inna bajka. I tu, i tu jest proces przygotowawczy, natomiast w teatrze, przez to, że próby trwają dłużej, to gdzieś ta postać w nas faktycznie dojrzewa. Druga rzecz jest taka, że praktycznie przy każdym przedstawieniu możemy ugryźć to trochę inaczej. Wiadomo, że mamy z reżyserem ustalenia, pewien pomysł na postać i przedstawienie, ale współpracujemy ze sobą i każdy z nas ma lepszy lub gorszy dzień. Różnie to bywa, do tego musimy się danego dnia na scenie dopasować. Patrząc sobie w oczy i zczytując gdzie jesteś dzisiaj, jaką masz energię, co możemy sobie wzajemnie zaoferować.
Natomiast na planie filmowym, mimo tego, że jest kilka ujęć to pomysł jest jeden. Trzeba go szybko w ramach prób ugryźć, jak chcemy to zagrać i w sekundę wzbudzić w sobie te emocje, tam nie ma tego procesu dochodzenia, chyba, że jest to film fabularny, wysokobudżetowy, gdzie mamy ten czas na próby i przygotowanie tego, by postać dojrzała. W serialu nie ma tego czasu na próby, są próby tuż przed ujęciem, gdzie się dogadujemy z kolegą jak to chcemy zagrać.

Ma Pani rady dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z aktorstwem?

M: Na pewno sugerowałabym, żeby na taki egzamin się dobrze przygotować, bo byłam świadkiem sytuacji w której przychodził ktoś, kto jest bardzo ciekawy i to momentalnie widać w oku, ma świetny głos, ale na tym się zatrzymał i zamiast kilkunastu tekstów ma przygotowane trzy. Teksty muszą być różne i opanowane na pamięć, bo tylko wtedy będzie można podejść do zadań, które są na egzaminach. Tam nie jest sprawdzana tylko nasza interpretacja, ale na bazie tekstów, dostajemy bardzo różne zadania. Trzeba być też emocjonalnie rozgrzanym, wejść na scenę, wiedzieć co się robi i być tego świadomym.
A co dalej na ścieżce? Wydaje mi się, że bardzo popłaca pracowitość. To jest jak w każdym zawodzie – 10% talentu i reszta to praca. Przygotowywanie się do tych projektów, które się ma – uczenie się tekstów, praca nad ciałem, bo to jest moje narzędzie pracy. Składa się na to też czytanie, oglądanie. Ciągle trzeba się doszkalać – niedawno byłam na kursie, gdzie uczono metody, którą pracują najwybitniejsze gwiazdy. I mimo tego, że jestem w tym zawodzie już tyle lat, to codziennie biegłam na te zajęcia, bo dowiadywałam się tyle nowych rzeczy. To nie jest zawód, w którym można usiąść na laurach, nigdy. Trzeba być elastycznym.

Zdjęcia do artykułu wykonała Kasia Bielak. 
Wywiad został przeprowadzony w Dinette.
Chcesz poznać inne inspirujące osoby z Wrocławia? Bądź na bieżąco!

 

 

 

 

Categories: Ludzie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *