Ania, Krzysiek i Tesla – to wyjątkowa trójka, która tworzy Paper Project, czyli studio letterpressowe zajmujące się produkcją zaproszeń, wizytówek i materiałów papierniczych. Spotykamy się w ich sporej pracowni, gdzie moją uwagę przyciągają przede wszystkim stare maszyny i pełna energii Tesla.  

Karolina Kołodziejczyk: Czy to właśnie Tesla jest w logo? 

Ania: To portret szefa. Śmialiśmy się, że nasz pies został nominowany do roli szefa, bo nikt z nas nim nie chciał zostać. Tesla to nasz członek załogi. A tak serio to logo nawiązuje do starych rycin, do ich szczegółowości i precyzji, a te określenia dobrze opisują naszą pracę. Detal w druku jest bardzo ważny. Poza tym pies z logo jest cyrkowy, niezwykły, odwołuje się do naszego hasła: “When magic meets paper”, bo nasza praca to magia. 

Wyjaśnijcie więc może na początku podstawy swojej pracy – czym jest metoda druku letterpress i skąd się wzięła Wasza fascynacja nią?

Krzysiek: W uproszczeniu wszystko polega na fizycznym odbijaniu wcześniej przygotowanej i pokrytej farbą formy np. matrycy lub czcionki, na papierze. Powszechnie przyjmuje się, że ten sposób drukowania zapoczątkował Johanes Gutenberg. Wynalezienie i upowszechnienie tej metody druku w XV wieku było wydarzeniem na miarę pojawienia się Internetu współcześnie. To swego rodzaju podróż w czasie. Niesamowite jest to, że nadal możemy drukować w ten sposób. A nie sądzę, by za 500 lat można było użyć tego Macbooka i poszperać w Wikipedii (śmiech).

Jak zaczynaliśmy w Polsce takich pracowni prawie nie było. Znalezienie tu sprzętu i zasobów typograficznych ze starych drukarni graniczyło z cudem. Tych maszyn od kilkudziesięciu lat już się nie produkuje. Wynalezienie offsetu wyparło nie tylko samą metodę druku typograficznego, ale wyrzuciło jej cały materialny dorobek na śmietnik.

Trochę lepiej jest u naszych zachodnich sąsiadów… i to właśnie tam zaczęła się nasza przygoda. Punktem zwrotnym było internetowe ogłoszenie sprzedaży starej, małej, ręcznej prasy – czyli bostonki. Nasza spontaniczność sprawiła, że bez większego zastanowienia wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Berlina po małą, ale piekielnie ciężką prasę. Gdy taszczyliśmy ją na drugie piętro naszego bloku, a potem stawialiśmy na środku pokoju, nie kalkulowaliśmy, nie myśleliśmy, gdzie nas to wszystko zaprowadzi. Po prostu czuliśmy jakieś iskry.

A czym zajmowaliście się przed Paper Project?

K: Ania skończyła psychologię, potem pojawiła się u niej grafika. Ja zajmowałem się i dalej zajmuję fotografią. 

A: Prowadzenie pracowni to też kwestia tego, jacy jesteśmy. Tego, że jesteśmy razem, mamy podobne pasje. Kochamy wszystko, co stare i dobre… muzykę, kino, przedmioty. Zawsze mieliśmy poczucie, że nie do końca jesteśmy dzisiejsi.  

Czy starodawność tej metody Was nie ogranicza?

K: Typowej masowej produkcji nie osiągniemy, ale jest Heidelberg, czyli maszyna, która pozwala na konkretne przebiegi. Chociaż nie o przebiegi tutaj chodzi. W porównaniu do współczesnych technik, oczywiście są ograniczenia. Nie wystarczy nacisnąć jednego guzika. Sam proces przygotowania do druku jest bardzo czasochłonny, a materiały są drogie, więc naszymi klientami zazwyczaj nie są osoby potrzebujące czegoś na dużą skalę, w tempie ekspresowym. Tutaj ważna jest jednak jakość.

Są i inne zalety, oczywiście poza naszą radością z pracy manualnej. Dzięki tej metodzie można tłoczyć w głąb grubych papierów, uzyskać pieczołowitość wydruku i pewien rodzaj analogowego charakteru odbitki.

A:  Wspaniałe jest to, że można połączyć stare techniki z nowymi rozwiązaniami. Współczesna technologia pozwala nam na tworzenie fotopolimerów, czyli matryc, które umożliwiają przekształcenie tego, co zrobimy na komputerze, na matrycę, z której można drukować na tych starych maszynach.  

Macie swoją ulubioną maszynę albo historię z nią związaną? 

A: Z każdą maszyną wiąże się tak naprawdę jakaś inna historia, przygoda. Każda z nich ma też swoje imię nadane po bohaterach naszego ulubionego serialu “Twin Peaks”. 

Co do historii, to chyba ta ostatnia jest najbarwniejsza. Krzysiek ma zacięcie do wyszukiwania skarbów i dzięki niemu – dość niechcący – staliśmy się nabywcami małego muzeum.

Zaczyna się od szperania po Internecie… trafiamy na ogłoszenie, bardzo lakoniczne, z kiepskimi zdjęciami. Próbujemy skontaktować się ze sprzedawcą, wyciągnąć więcej informacji, ale okazuje się, że on sam nie jest drukarzem i nie za bardzo orientuje się w tym, co sprzedaje. Za daleko, żeby pojechać, pojawiają się inni zainteresowani kupnem. Zapada szybka, szalona decyzja: kupujemy! Najwyżej będziemy mieć trochę mebli, narzędzi ze starej pracowni i długi u znajomych. Kupiliśmy kota w worku.

A kiedy ten kot przyjechał do nas tirem, musieliśmy wstrzymywać ruch drogowy, żeby mógł on dotrzeć do naszej pracowni… 

Pamiętam ten moment, w którym Krzysiek wchodzi na plandekę tira i skacze ze szczęścia. Okazało się, że sprzętu jest ogrom, a po dłuższym szperaniu w szufladach znaleźliśmy ulotki małego niemieckiego muzeum drukarskiego, które właśnie do nas trafiło. Prowadził je straszy pan, który prawdopodobnie umarł, a zawartość jego drukarni/muzeum przejęła firma, dla której to wszystko było nieużytecznym skansenem.

Wracając do maszyn – one są jak ludzie, każda jest inna – mimo, że teoretycznie robią to samo… Potrzeba czasu, aby je poznać i samemu się do nich dostroić. Poza tym każda ma też swoje humory. Ale po dłuższym czasie pojawia się to niesamowite doświadczenie połączenia maszyny z człowiekiem. 

O te maszyny trzeba też nieustannie dbać: smarować, czyścić, olejować, konserwować. Wiemy, że za taką opiekę odwdzięczą się pewnie kolejną setką przepracowanych lat.

A czy Wrocławianie doceniają takie rzemiosło jak Wasze?

K: Widzimy, że znajomi doceniają (śmiech). Działamy głównie w Internecie, a naszą grupą docelową jest cała Polska. 

A: Warto też zaznaczyć, że poza nami są jeszcze trzy/cztery studia letterpressowe we Wrocławiu. To takie trochę zagłębie, bo w całym kraju jest ich kilka. Wpisujemy się też na pewno w aktualny trend powrotu do rzemiosła, analogowego świata, tęsknoty za wyrobami solidnymi, wyróżniającymi się jakościowo.

Klienci są bardziej świadomi i szukają czegoś więcej niż produktu: kontaktu, historii, swobodnej relacji. Często proszą nas, żeby zrobić zdjęcia podczas produkcji, bo chcą obserwować cały proces.

Macie jakieś plany związane z rozwojem Waszego studia?

A: W nieokreślonej przyszłości chcemy otworzyć naszą pracownię dla innych. Robić warsztaty, współpracować z innymi zajawkowiczami. 

Mamy poczucie, że ta przygoda się nie skończy. Przed nami jest jeszcze tyle rzeczy do opanowania. Ciekawym aspektem tej branży są podróże drukarzy po całym świecie, wzajemne odwiedziny. Mieliśmy u siebie już takie “międzynarodowe wizytacje”. Wizyty w innych pracowniach letterpresowych to konieczny punkt naszych planów na przyszłość,  bo przecież w tej sztuce nic tak nie uczy i nie rozwija jak wspólna wymiana doświadczeń, wrażeń i ubrudzenie rąk…

Zdjęcia do artykułu wykonał Mateusz Gargula.

Chcesz poznać więcej ciekawych osób z Wrocławia?
Bądź na bieżąco!

 

 

 

 

Categories: Ludzie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *