Tomasz Woźny – kiedyś dziennikarz, dziś fotograf z wieloletnim doświadczeniem. Robił zdjęcia komandosom GROM-u, mieszkańcom Haiti i ludziom z pierwszych stron gazet. Nam opowiada co te doświadczenia zmieniły w jego życiu i co jest jego największą inspiracją.

Alicja Janik: Jak zaczęła się Twoja praca związana z fotografią?

Tomasz Woźny: Zaczęła się od tego, że znudziłem się trochę pisaniem. Wcześniej byłem dziennikarzem i w tym widziałem swoją przyszłość. Po przepracowaniu jakiegoś czasu w dziale miejskim Gazety Wrocławskiej stwierdziłem, że to jest taki hardcore, że chyba jednak nie chcę tego robić. Podczas tej pracy miałem możliwość obserwowania fotoreporterów. Przychodzili na kolegium, dostawali gotowy temat, jechali i wracali z fizycznym, wdzięcznym efektem swojej pracy. Spodobało mi się to. Miałem wtedy możliwość podglądania znanego fotografa podczas pracy, Pawła Łącznego. On mnie zainspirował do tego, żeby zacząć samemu robić zdjęcia. Po roku zacząłem jeździć na różne wydarzenia, takie jak marsze równości. I tam miałem możliwość zdobycia doświadczenia przy fotografowaniu w sytuacjach, kiedy więcej ryzykuję.

Czym jest dla Ciebie fotografia? To jest wciąż pasja czy tylko praca? Czy teraz musisz szukać sobie innego hobby, które byłoby odskocznią od fotografii?

Tomasz: Robię zdjęcia kilkanaście lat. Od ponad 10 lat zawodowo. Faktycznie jest tak, że w pewnym momencie poczułem potrzebę robienia czegoś innego. Wszedłem mocno w fotografię reklamową. Zrezygnowałem z marzeń o fotografii wojennej i dokumentalnej, bo wcześniej głównie tym się zajmowałem. Rzeczywistość to jednak zweryfikowała. Ryzyko było za duże. Wszedłem w komercyjną fotografię taką jak eventy, śluby czy portrety biznesowe i to mnie niestety trochę zżarło. Skupiając się wyłącznie na wymiarze biznesowym fotografii, w pewnym momencie straciłem chęć na robienie zdjęć. Miałem nawet taki okres, że na aparat patrzyłem z niesmakiem. Wtedy stwierdziłem, że muszę to zmienić. Bo nie po to wszedłem na tę artystyczną drogę, aby stało się to zamiennikiem pracy w korpo. Zacząłem robić inne zdjęcia. Takie, gdzie mogłem bawić się obrazem, photoshopem. 

Co jest istotne w pracy fotografa?

Zachowanie wizualnej wrażliwości. Mamy tendencję do schematyzowania. To jest potrzebne jeśli prowadzisz biznes, ale na dłuższą metę – wypalające. I tak długo jak szukasz inspiracji, szukasz innych dróg, tak długo jest to fotografia, która mnie pociąga. Skoro już zrezygnowałem z kuszącej wizji fotografa reportażysty, dokumentalisty fotografującego czasem przerażające, ale też piękne sytuacje, to przynajmniej tutaj fajnie jest odnaleźć szczyptę kreatywności. Właśnie w tym, aby poszukiwać cały czas. Nie dać tej swojej kreatywności zasnąć. Łatwo jest dać się skusić zasadom, które wystarczy przestrzegać, aby uzyskać ładny wizualnie kadr.

Kto jest dla Ciebie autorytetem w tym zawodzie? Kogo cenisz najbardziej?

Nie ma takiej jednej osoby. Cenię bardzo wielu fotografów. Wielu z nich jest inspiracją. Każdy ma swój styl. Bardzo lubię Erwina Olafa. To, jak opowiada obrazem. LaChapelle jest niesamowity ze swoim popkulturowym, barokowym przepychem z feerią barw, którą można podziwiać na jego pracach. Tima Taddera cenię za to, jak fotografuje sportowców. Jest ich naprawdę sporo.

Co daje Ci Wilder Things? Opowiedz o tym projekcie.

Wychowałem się na Tolkienie i Sapkowskim. Mimo wieku, wciąż mam słabość do literatury fantasy. Ten magiczny element zawsze występował w moim życiu. Wilder Things jest kreatywnym ujściem. To daje mnie i mojej żonie mnóstwo frajdy. Możemy dzięki temu, odwiedzić takie miejsca, których nie ma w przewodnikach. Pokazać je w nasz, magiczny sposób. Używając magii photoshopa oczywiście. Wilder Things co prawda nie jest ucieczką od rzeczywistości, ale antidotum na prozę i szarość życia codziennego.

Od wielu lat jesteś wykładowcą. Co jest najtrudniejsze w pracy ze studentami?

Uzależnienie od komórek [uśmiech].Scrollowanie facebooka czy instagrama podczas zajęć jest dość przykre dla wykładowcy. Jednak największą trudnością jest poczucie odpowiedzialności i pytanie samego siebie czy jestem wystarczająco dobry, żeby uczyć innych. Zawsze się zastanawiam czy ta ścieżka, którą im pokazuję jest tą odpowiednią. Dlatego powtarzam moim studentom, że moje zasady nie są zasadami, które trzeba ściśle przestrzegać. Każdy znajdzie swój sposób na to, aby osiągnąć to, z czego będzie zadowolony. Dróg jest wiele. Jest na przykład Lindsay Adler, która używa masy photoshopa. Jej prace są perfekcyjne. Z drugiej strony jest Terry Richardson, który tworzy bardzo proste rzeczy. Jego portrety mają potężną siłę przebicia.

Jak wspominasz współpracę dla Polska The Times, Traveler czy National Geografic?

Magazyny rządzą się swoimi prawami. Zawsze jest Dyrektor Artystyczny, który ma swoje wyobrażenie o tym jak to będzie wyglądało. Staram się zwykle stać przy mojej wizji, bo to ja jestem podpisany pod zdjęciami. Nie zawsze się to udaje. Ważne w takiej współpracy jest to, aby spotkać się pośrodku. Choć nie zawsze jest to łatwe. Doceniam, że dzięki temu miałem możliwość podróżowania do miejsc, do których normalnie chyba nie mógłbym wyjechać. Na przykład do Finlandii.

Jaka była Twoja najtrudniejsza sesja?

Zdarzało mi się fotografować celebrytów, nie mogę mówić kogo, ale nie była to najłatwiejsza współpraca. Na pewno trudna fizycznie była sesja, którą robiłem do książki Navala, komandosa GROMu. Byliśmy w Beskidzie, biegaliśmy ze sprzętem kilka dni w deszczu. Trudno było dotrzymać mu tempa. Jednak zarówno fizycznie, jak i psychicznie najtrudniejsze były moje wyjazdy w strefy podwyższonego ryzyka – takie jak Sudan, Haiti czy Gruzja. To były przede wszystkim psychicznie niesamowicie wymagające wyjazdy.

W 2010 roku fotografowałeś Haiti zniszczone trzęsieniem ziemi. Czy było coś co się zaskoczyło pozytywnie podczas tej wyprawy?

Tak. Łatwość w dotarciu do takiego miejsca. Startujesz w Polsce. Masz dotrzeć do miejsca, które jest w totalnej rozsypce, odcięte od reszty świata, niebezpieczne. Jednak po tygodniu okazuje się, że docierasz, choć wszyscy mówili, że to niemożliwe. Widzisz wtedy rzeczy przerażające, ale też piękne takie jak dżungla nocą. To jest niesamowita adrenalina.

Fotografowałeś również wojenny konflikt w Kurdystanie i mieszkańców Gruzji tuż po zakończonej wojnie. Jak to na Ciebie wpłynęło?

Najbardziej niebezpieczny wyjazd to był Sudan. W Gruzji wciąż toczyły się walki, ale trafiłem tam tak naprawdę po zakończeniu głównego konfliktu. Natomiast nie wpłynęło to na mnie psychicznie, mimo, że były to wyjazdy obciążające i szalenie wymagające. Przy każdym punkcie, gdzie widzisz żołnierzy i wiesz, że obok są pola minowe, denerwujesz się. Ja nigdy nie byłem pod ostrzałem. Choć kilka razy  życiu grożono mi bronią. Nie byłem w centrum tych wydarzeń w momencie kiedy to się działo. Widziałem pokłosie tych wojen. Nie da się ukryć, że to rezonuje.

Gdybyś miał podjąć drugi raz decyzję o wyjeździe do tych miast, znów byś pojechał?

To nie jest proste pytanie. Wtedy to były inne czasy, miałem mniej do stracenia. Z wiekiem człowiek bardziej się boi, ma większą świadomość. Wątpię, żebym zgodził się na taki szalony wyjazd. Nie zostawiłbym tego, co już tutaj zbudowałem.

Jeśli z jakichś przyczyn nie mógłbyś dłużej fotografować, czym byś się zajmował? Wróciłbyś do pisania?

Myślę, że tak. Jest wciąż we mnie chęć pisania. Czasem tworzę jakieś swoje fabuły. Wygląda to jednak tak, że siadam do tego kiedy mam urlop i chcę uspokoić swoje myśli. To taki terapeutyczny wpływ pisania.

Jakie masz marzenia związane ze swoją pracą?

To co robię traktuję jako rzemiosło i jako sztukę. Chciałbym nabyć więcej umiejętności dotyczącej pracy ze światłem, z modelami. Rozwinąć taką sprawność wizualną, sprawność tworzenia obrazów. Chciałbym też robić więcej rzeczy kreatywnych, a mniej komercyjnych.

Czy Wrocław jest dla Ciebie inspiracją?

Jest tu dużo ludzi, z którymi mam super kontakt, którzy dają mi siłę. Inspiruję się przede wszystkimi ludźmi. Jeśli chodzi o samo poszukiwanie inspiracji, bardziej czerpię ją z natury. Choć są tu na pewno wizualnie atrakcyjne miejsca.

Jakie jest Twoje ulubione miejsce do zdjęć we Wrocławiu?

Oczywiście Biblioteka Uniwersytecka, ale też nowe biurowce. Oszklone, stalowe, geometryczne.

Jestem zdziwiona, że wymieniłeś nowe budynki, a nie zabytkowe kamieniczki.

To jest czyste, fajne tło do zdjęć. Ścisłe centrum Wrocławia do mnie nie przemawia. Choć ma swój klimat. Fajnym miejscem na zdjęcia jest lokomotywownia, wielkie, zniszczone hale. Najbardziej inspirują mnie ludzie, którzy tu żyją. Ich historie. Ale także cały Dolny Śląsk jest interesujący. Na przykład mroczne doliny Gór Sowich. To jest coś, co jest dla mnie ciekawe.

Zdjęcia do artykułu wykonała Ania Pomichowska.

Chcesz poznać więcej ciekawych osób z Wrocławia?
Bądź na bieżąco!

 

 

 

 

Categories: Ludzie