Centrum Sztuki WRO to pierwsza polska instytucja, która swoje działania skupia wokół sztuki nowych mediów. W tym roku będziemy Biennale Sztuki Mediów WRO 2019, świętują swoje 30-lecie.

Martyna Picheta: To pytanie to już pewnego rodzaju tradycja. Czym jest Centrum Sztuki WRO?

Piotr Krajewski: Zajmujemy się sztuką najnowszą, twórczością artystów posługujących się nowymi mediami. WRO to przede wszystkim działanie z publicznością – mediacja sztuki. Chcemy budować dialog i relacje z odbiorcami, to bardzo ważny element naszych działań.

Czym zajmujecie się we WRO?

Dominika Kluszczyk: Jestem koordynatorką projektów artystycznych dotyczących sztuki mediów oraz sztuki współczesnej ogólnie. Od 8 lat pracuję w Centrum Sztuki WRO. Zarządzam różnymi projektami artystycznymi, a także biorę udział w organizacji Biennale Sztuki Mediów. Poza tym jestem związana z kolektywem artystycznym IP Group, działającym również na terenie Wrocławia.

Piotr Krajewski: Jestem współzałożycielem Biennale Sztuki Mediów WRO i jego dyrektorem artystycznym. Trzydzieści lat temu wspólnie z Violettą oraz Zbigniewem założyliśmy WRO, jako innowacyjny festiwal sztuki elektronicznej – łączącej obraz i dźwięk. Oprócz tego jestem wykładowcą Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu oraz Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu.

W tym roku obchodzicie 30-lecie powstania WRO. Gdzie zrodził się pomysł, aby założyć taką organizację?

P: Jak to gdzie – we Wrocławiu! [śmiech]
W latach 80. należeliśmy do kultury podziemnej. Jedyne co wtedy było wartościowe, to właśnie kultura alternatywna. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że takie działanie zaczynają tracić swoją energię. Postanowiliśmy powołać „alternatywę naziemną” – czyli działać oficjalnie. Początkowo stworzyliśmy „open studio WRO”, które było kooperatywą artystyczną. W tamtym okresie zaczęły nachodzić nas myśli, że tamten świat powoli się kończy, że za chwilę wszystko się zmieni – nie tylko w zakresie ekonomii, polityki i gospodarki, ale przede wszystkim kultury i sztuki. Chcieliśmy od początku tej ery budować krytyczną perspektywę wobec mediów. Pokazać, że w takiej sytuacji nie trzeba pozostawać tylko konsumentem, można być aktywnym  i może dlatego naszym propozycjom bardzo szybko udało się zdobyć uwagę publiczności.

Jak wyglądała pierwsza edycja Biennale?

P: Pierwsze Biennale odbyło się w grudniu 1989 roku – to było wtedy jedno z największych wydarzeń artystycznych, zaraz po upadku Muru Berlińskiego. Przyjechało do nas ponad stu niezależnych artystów z całego świata. Mieliśmy wtedy zupełnie inną niż dzisiaj grupę odbiorców bo media elektroniczne, wideo i komputery były dla wielu całkowitą nowością –  byli ludzie, którzy przychodzili do nas, aby zobaczyć jak wygląda komputer. Nie wiedzieliśmy wtedy jak wielu artystów w Polsce działa na podobnych obszarach. Przy pierwszej edycji okazało się, że jest ich naprawdę wielu. Był to czas, gdy sztuka mediów tak naprawdę dopiero się kształtowała u nas w kraju. Biennale promieniowało świeżą wizją przyszłości. Sztuka była najlepszym polem do przyglądania się zmianom, które miały nadejść.

Wtedy internet nie istniał w powszechnej w świadomości, nie nadawał się jeszcze do przekazywania wideo, czy nawet przesyłania plików graficznych. Jedno z pierwszych łączeń, dzięki któremu przesłaliśmy pierwszy plik graficzny, trwało kilka godzin. Sztuka miała wtedy mocno profetyczny charakter.

Są jakieś działania, które szczególnie utkwiły wam w pamięci?

P: W Muzeum Narodowym mieliśmy okazję zrobić chyba jedną z największych instalacji  – Vinyl Rally australijskiego artysty Lukasa Abeli. Był to ogromny tor dla gokartów ścigających się po płytach winylowych. W takich miejscach, tego rodzaju instalacje nie pojawiają się zbyt często. Kustosze Muzeum do tej pory nas wspominają. [śmiech]

Mieliśmy kiedyś warsztat z Bradley’em Garrettem – tzw. hakowanie miasta. Jest to szukanie przestrzeni, które są wspólne, ale tak naprawdę są niedostępne, np. stare stacje metra, dawne systemy poczty pneumatycznej które Bradley odkrył w Londynie. Okazało się, że we Wrocławiu jest też dużo miejsc, które nie należą do nikogo. Takim miejscem był np. Szkieletor przy ul. Kolejowej, który w tym momencie jest już najprawdopodobniej rozebrany. Jako WRO od samego początku staraliśmy się wyszukiwać takie miejsca, które były zupełnie zapomniane. Przykładem może być performance grupy Kormorany na Wieży Ciśnień na Grobli. Dzisiaj jest już ona odrestaurowana, ale wtedy była niczyją ruiną. Mieliśmy okazję wejść również do Synagogi wrocławskiej, a dokładniej do jej podziemi, do Mykwy, także na dziedziniec i do piwnic Pokoyhofu. Z nami publiczność wchodziła tam po raz pierwszy.

D: Instalacja „Megafony”, którą stworzyliśmy w 2016 roku nadal stoi we wrocławskim Parku Wschodnim. Kolejną instalacją jest „Cyjanometr”, który znajduje się przed Biblioteką Uniwersytecką na ul. Joliot Curie. Nasze działania skupiają się wokół Wrocławia, ale przygotowując Biennale, i różne inne wystawy, bardzo często jesteśmy rozproszeni w przeróżnych miejscach. Czasem są to typowe przestrzenie galeryjne jak Muzeum Narodowe czy galeria Entropia, a czasem są to zupełnie niepowtarzalne i dziwne przestrzenie, jak na przykład Dom Handlowy Renoma.

Co sprawiło, że z taką łatwością podbiliście serca publiczności?

P: Trafiliśmy na dobry moment – każdy wiedział, że musi się coś zmienić. W tamtych czasach panowało wielkie oczekiwanie zmiany, także w kulturze. Ludzie dostrzegali jakieś mityczne perspektywy, ale zazwyczaj kojarzyli je z Zachodem, z miejscami poza granicami naszego kraju. Wszyscy czuliśmy jakąś wewnętrzną tęsknotę do zmiany. Kolejnym czynnikiem z pewnością było to, że w Polsce nie mieliśmy konkurencji. Okazało się, że byliśmy jedyną formacją, która działała w zakresie nowych mediów. Ludzie nie musieli jeszcze wtedy rozumieć czym dokładnie się zajmujemy dlatego, że proponowaliśmy coś, czego nie doświadczyliby nigdzie indziej.

Centrum Sztuki WRO jest pierwszą, polską instytucją, działająca na przecięciu sztuki współczesnej, mediów i komunikacji. Swoje działania rozpoczęliście już w 1989 roku. Spodziewaliście się wtedy, że WRO przetrwa taką próbę czasu?

P: Wtedy nikt z nas nie myślał o tym, czy będzie żyć długo. [śmiech] Ale wiedzieliśmy, że robimy coś nowego, a jednocześnie coś niesłychanie ważnego. Byliśmy pewni, że chcemy to kontynuować. Ta fala energii, która niosła nas na samym początku dała nam pewność, że to będzie coś trwałego. Rozwój WRO, ale i przyjęcie go przez świat sztuki, utwierdziło nas w przekonaniu, że powinniśmy działać.

Jak ważny jest wasz zespół w procesie powstawania wydarzenia?

D: Przy okazji wyboru prac na tegoroczną edycję Biennale, pracujemy wspólnie, tak też staramy się podejmować decyzje.

P: Oprócz stałego zespołu zawsze towarzyszy nam grupa osób, które przychodzą do WRO, aby poznać nasze środowisko i zdobyć potrzebne doświadczenie. Zdarza się, że te osoby zostają z nami na dłużej.
We WRO często gościmy artystów rezydentów. Każdego roku trafiają nam się niesamowite osoby, które nadają temu programowi szczególnego charakteru. Z wieloma z nich udało nam się stworzyć prace, które później w wielu miejscach były wystawiane.

Kiedy wpadliście na pomysł stworzenia programu wolontariackiego?

P: Wydaje mi się, że już przy pierwszej edycji towarzyszyła nam grupa pomagająca  bezinteresownie. Wtedy jeszcze nie nazywaliśmy ich wolontariuszami dlatego, że takie określenie po prostu nie funkcjonowało. WRO od zawsze skupiało wokół siebie dużo osób.

D: Przy okazji każdej edycji organizujemy tzw. „Przewody Sztuki” – serię spotkań, warsztatów i wykładów, które pozwalają zapoznać się ze specyfiką WRO oraz przygotowują do pracy z widzem. „Przewody Sztuki” można nazwać kursem sztuki współczesnej. Po zakończeniu serii warsztatów, zaczynamy wspólnie realizować zaplanowane projekty, aby w maju działać już przy okazji samego wydarzenia. Na koniec każdy uczestnik otrzymuje od nas certyfikat potwierdzający uczestnictwo w programie.

P: Naszymi wolontariuszami są głównie studenci różnych uczelni. Zdarza się, że nasi dawni wolontariusze są teraz asystentami czy adiunktami na uczelniach i oni sami namawiają swoich studentów do wzięcia udziału w programie.

Jak wyglądał proces wybierania prac na tegoroczną edycję Biennale?

D: Większość z nich została wybrana na zasadach otwartego naboru. Artyści z całego świata zgłosili swoje propozycje. My całą ekipą WRO przejrzeliśmy wszystkie zgłoszenia, a było ich ponad 1700. Podczas preselekcji pracowaliśmy w zespołach 2-osobowych, później nasze wybory dyskutowaliśmy w większej grupie; czasami musieliśmy wzajemnie się przekonywać, – to nie było łatwe zadanie. Koniec końców wybraliśmy ponad 100 projektów, które pojawią się podczas tegorocznej edycji Biennale WRO.

W tym roku Biennale Sztuki Mediów obchodzą swoje 30-lecie. Z pewnością szykujecie dla odwiedzających coś specjalnego. Czym w takim razie planujecie  zaskoczyć uczestników?

D: Myślę, że najciekawsze z perspektywy uczestników mogą okazać się instalacje performatywne, wykorzystuje sztuczną inteligencję.

Pierwsza instalacja to „Empathy swarm” składająca się z ośmiu małych robocików, wyposażonych w kamery i skanujących publiczność znajdującą się w pobliżu. Skanują one twarz i odczytują nasze emocje, dzięki czemu potrafią wydobyć z nas czynnik ludzki – rozpoznają nasz stan emocjonalny.

Przygotowujemy również bardzo dużą wystawę w Pawilonie Czterech Kopuł – pojawi się tam rzeźba kinetyczna Senster, czyli Sensitive Monster. Rzeźba z lat 70., stworzona przez Edwarda Ihnatowicza odnaleziona po latach na polach w Holandii, dzięki geolokalizacji. Senster został odnaleziony przez polską ekipę, na czele z Anną Olszewską z Krakowa. To właśnie oni wspólnymi siłami przewieźli niedziałającą rzeźbę do Polski.

P: Edward Ihnatowicz był jednym z pionierów działających na styku przemysłu, sztuki i nauki, do których artysta potrzebował wtedy industrialnego partnerstwa. Jest to pewnego rodzaju ‚praca legenda’ – wszyscy o niej słyszeli, ale tak naprawdę nikt jej nie widział. Będzie to pierwszy pokaz Senstera po 49 latach nieobecności w świecie sztuki. Planujemy zorganizować również panel dyskusyjny, podczas którego będzie opowiedziana jego historia.

Każda edycja Biennale posiada inny temat przewodni, a więc czym różni się ta edycja od poprzednich?

P: Podczas tegorocznej edycji Biennale WRO 2019 CZYNNIK LUDZKI / HUMAN ASPECT zaprezentujemy zupełnie inną perspektywę. Na poprzednim biennale  pokazywaliśmy to, jak stajemy się systemami, a w tym roku chcemy pokazać to, w jaki sposób przez te systemy potrafimy się wyrażać.

Zdjęcia do artykułu wykonał Marcin Szczygieł.
Chcesz poznać inne inspirujące osoby z Wrocławia? Bądź na bieżąco!

 

 

 

 

Categories: Ludzie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *